Słowo się rzekło: na początku była Murka, potem Saba i...
Trochę później zawitały do nas dwie świnki morskie: Rudzik i Rozetka. Chłopaki. A było to tak...
Kiedy Ola przebywała u Dziadków, a miała już ze cztery lata, Babcia, chcąc skłonić wnuczkę do rozmowy telefonicznej z nami, rzekła, że rodzice kupili jej świnkę.
No tak, świnkę. Nie- świnki.
Cóż było robić? Nie wolno oszukiwać dziecka. Przed powrotem Oli- w domu musiała pojawić się świnka morska. Hm... Dobrze, że Babcia nie wpadła na pomysł, że rodzice kupili np. konika...
Jarek pojechał nabyć świnkę, a ponieważ były dwie ostatnie, a klatka była duża, przywiózł obie. Jak się potem okazało dwa samczyki.
Nie był to koniec, bo rodzina musi się wszak, przynajmniej zdaniem niektórych wyznających wartości..- POWIĘKSZAĆ!
"Poszła Ola do przedszkola..."i nie, nie zapomniała parasola... Za sprawą przedszkola w domu stanęło akwarium.
Bo to dzieci miały rybki, po co- trudno zgadnąć, skoro nie było się komu nimi zajmować! Ola relacjonowała, jak się rybki miewają, ale wkrótce rybki się dzieciom znudziły i, przekarmiane albo niedokarmiane, zaczęły zdychać. Pozostała jedna. Karolinka. Ola, dziecko wychowywane tak, by kochało zwierzęta, rozumiała, że mama nie da rybce sczeznąć. Nie można było zawieść jej zaufania, poza tym zbliżały się wakacje, i co było robić, trzeba było smutną, samotną rybkę przetransportować do domu!!!
Zakupione zostało duże akwarium i pozostałe akcesoria, po czym rozpoczęliśmy przygodę z akwarystyką.Przygodę, gdyż- dla towarzystwa Karolince dokupiliśmy inne rybki. Były u nas, oprócz gupików, glonojady, kiryski, neonki, molinezje, nawet przez chwilę platynki. Karolinka obumarła, a kolejne pokolenia dożywały swych dni w miłości i cieplarnianych warunkach, bo akwarium zmieniliśmy na większe. Dopiero niedawno przekazałam tę pasję młodszemu pokoleniu- Maksowi i Żanecie.
Kiedy odeszła Saba...w domu zrobiło się niewyobrażalnie pusto i smutno. Rudzika nie było już także, a parę miesięcy po śmierci Sabulka, umarła Rozetka.
Jak to się zwykle dzieje w takich sytuacjach, zaprzysięgłam sobie, że w domu nie będzie więcej zwierząt, bo serce pękło mi już dawno, kiedy okazało się, że staranna opieka i miłość nie ochronią ich przed chorobą i śmiercią.
Życie pisze jednak zaskakujące scenariusze.
U Oli w szkole w pracowni biologicznej były chomiki, którymi "zajmowały się" dzieci. Często na weekendy czy dłuższe przerwy świąteczne chomiki zabierane były do domu. U nas także pojawił się taki "weekendowy gość". Miał gładkie rude futerko i na początku był bardzo wystraszony. Rudzik dostał nową klatkę, bo ta, w której mieszkał dotychczas nadawała się tylko dla chudej myszki, domek, kołowrotek, poidełko, i oczywiście został u nas, bo przecież nie można było go oddać, gdy odkarmiony, odchuchany, zrelaksowany, brykał po klatce, będąc (pewnego rodzaju) pociechą po stracie psa.
Za Rudzikiem przybył Krecik, cały czarny z różowym noskiem, a potem Otylek, bo jak Otylia po basenie, tak on śmigał po klatce, a na końcu- Mała.
Każdy chomik dostawał klatkę, coraz to lepszą, wyższą z wygodami i ulepszeniami. Ale chomiki niestety nie żyją długo.
Zaczęły odchodzić po kolei.
I znów smutek, łzy, zarzekanie się, że nigdy więcej, żadnych zwierząt, nigdy, nigdy...
A teraz jest z nami Hija i świat fiknął koziołka. Mój świat. Nasz świat. Nasze..wszystko.