Jakoś tak pod koniec sierpnia zaczęła mnie męczyć myśl o psie. Niby jeszcze nie byłam gotowa (sądziłam, że nigdy nie będę), ale coraz częściej myślałam, a może...Ponadto, oglądając czasem odcinki "Psiego serca", myślałam jak byłoby dobrze przytulić się do psiego zimnego nosa, poczuć zapach psiej sierści, znów stać się komuś potrzebna i użyteczna, mieć cel, chodzić na spacery, kochać i być kochana bezkrytycznie za samo to, że istnieję.
Kto czasem ogląda ten film wie, że obok Marii Pakulnis występuje w nim goldek.
Golden retriever to rasa, która często pojawia się w książkach D. Koontza. Ten psi bohater zawsze jest postacią pozytywną . Kocha dzieci i zwierzęta. Generalnie- kocha świat. Ma w sobie tyle optymizmu i radości, że aż czasem człowiek czuje się zawstydzony, bo nie może nastarczyć z własnymi uczuciami, bo przecież nie zasłużył na taką radość i czułość.
Tak więc złakniona psich uczuć, naoglądawszy się , naczytawszy i naprawdę natęskniwszy :), postanowiłam "zerknąć" do Internetu , bo a nuż, ktoś chce sprzedać szczeniaczka... Naprawdę nie sądziłam, że z tego "zerknięcia" wyniknie coś poważnego. Hm..znalazłam rzecz jasna wiele stron o goldenach, no i hodowle. Miałam zamiar sprawdzić czy są jakieś w Szczecinie lub okolicy. Znalazłam. Weszłam na tę "pierwszą z brzegu". Od razu zachwyciła mnie oprawa graficzna strony i jej zawartość. Tyle ładnych uczuć... Teraz tylko chciałam podejrzeć, co słychać w kwestii szczeniaczków. I proszę, jaki "pech"- natknęłam się na informację treści: "pieski do odebrania od soboty, 26 sierpnia". Cholibka, był czwartek. Eee tam, pomyślałam, taki szczeniaczek z hodowli pewnie już dawno jest zamówiony, z drugiej strony, co mi szkodzi wysłać mail albo lepiej napisać także na gg, będzie szybciej. Tak zrobiłam. Oczywiście nie chwaliłam się swoim pomysłem przed rodziną, bo "chciałam tylko sprawdzić..." czy może... a gdyby...W sobotę rano odebrałam odpowiedź, że owszem, pieski jeszcze są, proszę dzwonić itp. Serce mi zamarło! Co z moim postanowieniem, jak to tak, przecież wciąż nie mogę pogodzić się ze śmiercią Saby (zresztą do dziś), a tu nowy piesek?!!! Przyznam, że wpadłam w panikę.
Najtrudniej było mi powiedzieć o tym mężowi, bo to ja z nas dwojga bardziej stanowczo twierdziłam "NIGDY WIĘCEJ".
Był zaskoczony. Zadzwonił. Umówiliśmy się. Pojechaliśmy. Były łzy i wzruszenie.
Hija była pierwszym pieskiem, którego wzięłam na ręce. (Naprawdę to hodowczyni-Ania- WYBRAŁA go dla mnie, bo nie chciałam wybierać sama. Dzięki, Aniu!) Ot, cała historia.
W domu nie było miski ani legowiska, ale były uczucia. Mnóstwo miłości... No i imię. Bo w serii przypadków ma swoje miejsce i to, że czytałyśmy z Olą, moją córeczką, AKURAT w sierpniu "Siewcę wiatru" i zgodnie stwierdziłyśmy: podoba nam się anielica Hija i fajnie byłoby tak nazwać psa...